Grenlandia – Trawers 2009

Grenlandia 2009

Rok 2009 to okrągła setna rocznica zdobycia Bieguna Północnego przez Roberta Pearyego. Nasza ekspedyjca oprócz celu sportowego miała na celu zaznaczenie polskiej obecności w Arktyce. Poniższa tekst jest opowieścią w pigułce, który próbuje zawrzeć miesięczną ekspedycję w tekście rozsądnych rozmiarów. Tekst został napisany na potrzeby magazynu ESCAPE ( pełny złamany tekst ze zdjęciami  znajduje się w zakładce RELACJE W MEDIACH. i pozwala zorientować się o co chodziło w naszej wyprawie, oraz naświetla szersze tło przedsięwzięcia.

Trawers Grenlandii to poważna ekspedycja. Powszechnie uważa się, że to takie 2/3 wyprawy na Biegun . Nic dziwnego, wielu polarników po udanych wyprawach na Grenlandię w następnych ekspedycjach udaje się z powodzeniem na Biegun Północny lub Południowy (tak było w wypadku norweskiej polarniczki Liv Arnesen czy naszych rodaków Wojtka Moskala i Marka Kamińskiego). Już po zakończeniu trasy Duńczycy w Kangerlussuaq powiedzieli nam, że byli bardzo ciekawi kto przyjdzie, i czy w ogóle ukończy trasę. Podobno były nawet były o to zakłady. Miejscowi wiedzieli że Danish Polar Center udzielił pozwolenia dwuosobowej ekipie na trawers lądolodu w terminie jesiennym (bowiem jesień w Arktyce zaczyna się, nie jak kalendarzowo 23 września, ale 15 sierpnia). Wiedzieli też, ze grubo ponad 90 % wszystkich ekspedycji które dostają zgodę na trawers lądolodu wyrusza na trasę w maju. Wtedy są stabilne ujemne acz znośne temperatury, bardzo długi dzień, nie ma wytopisk ani lodowych rzek, a szczeliny są przykryte zimowym śniegiem. Oznacza to w miarę bezproblemowe wejście i zejście z lądolodu. Ktokolwiek wyrusza jesienią, musi przygotować się na niewyobrażalny wysiłek i trudności terenowe którym trzeba sprostać. O ile w ogóle dostanie pozwolenie od DPC.

Nasza ekspedycja to było raczej 3/2 Bieguna. Trudności na początku i końcu trasy wykroczyły poza standardowy asortyment problemów wyprawy polarnej. Nasze sanie ważyły na początku po 85 kg. Była tam żywność i paliwo na 30 dni, cały sprzęt biwakowy, odzież, a także środki łączności i ratunkowe oraz sprzęt narciarski. W nachylonym terenie sanie zsuwały się po lodzie, i ciągnęły nas w kierunku rozpadlin i szczelin, a ważyły znacznie więcej niż my. Na początku i końcu trasy nie zawsze dało się iść w rakach, tylko czasami mogliśmy poruszać się przy pomocy nart. Ciągnąc za sobą sanki musieliśmy szukać mostów śnieżnych i przejść nad szczelinami, kluczyć, odnajdować drogę na popękanym terenie.

Na tej wyprawie po raz pierwszy w życiu świadomie zdecydowałem się postawić namiot i spędzić noc na szczelinie zawianej śniegiem, bo lód dookoła był tak twardy, że nie sposób było wbić śledzie czy wkręcić lodowe śruby. Nasza trasa rozpoczęła się od kamienistej plaży nad brzegiem Atlantyku, następnie wiodła przez brudny upstrzony pyłem lodowiec, pasmo muld i pagórków na które z mozołem wciągaliśmy sanki, dalej przez pola szczelin wśród których szukaliśmy przejścia, gdzie wchodząc na mosty nawiane nad szczelinami najpierw obawialiśmy się aby nie zarwały się pod nami, potem aby utrzymały sanki, a jeżeli już się zawalą to abyśmy mieli tyle siły żeby się zaprzeć i szybko je wyciągnąć. Dalej były ogromne rozpadliny, które musieliśmy omijać bardzo nadrabiając drogi, aż pozwyżej1000 m wysokości, piątego dnia wyprawy zaczęła się właściwa czapa lądolodu.

Dookoła nas absolutny brak czegokolwiek. Potwornie nudne 17 dni. Nie było tam żadnego życia, ani niczego co wystawałoby z gruntu. Jeżeli świeciło słońce staraliśmy się wybrać sobie jakąś chmurkę czy formę w śniegu w kierunku której można by iść. Gorzej było kiedy nastawał tzw. „White out” czyli biała ciemność. Podczas „white out’u” było pochmurno, światło słoneczne docierało do ziemi rozproszone, a do tego często występowała mgła lub zamieć, horyzont zlewał się z podłożem. W takich warunkach oczy męczyły się już po kilku minutach, bo nie było możliwości oceny odległości, ani cieni, krawędzi, niczego na czym można by skupić wzrok, i „ustawić” ostrość. Efekt był taki sam dla mnie i Norberta, musieliśmy iść przed siebie patrząc na czubki nart. Wieczorami do tego bardzo bolał kark. W momencie kiedy podnosiliśmy głowę aby spojrzeć wprost, nasz błędnik wariował i stojąc na nartach przewracaliśmy się na boki. Dni z white outem były bardzo wyczerpujące psychicznie. Szliśmy cały dzień, z utęsknieniem wyczekując wieczornego obozu i chwili kiedy będzie można zamknąć się w namiocie, gdzie wszystko dobrze widać. Wtedy wymyśliłem patent – Norbert szedł pierwszy patrząc na swe czubki nart, ja idąc za nim zerkałem na kompas który umieściłem na końcu jego sanek i co chwilę korygowałem kierunek marszu. W ten sposób nawet w bardzo złej pogodzie i ograniczonej widoczności potrafiliśmy pokonać dziennie do 30 km, co jak na wyprawę polarną jest znakomitym wynikiem.

Zwykle polarnicy wędrują po 8 do 10 godzin dziennie. My każdego dnia szliśmy po12 godzin, robiąc co 50 minut 10 minutowe przerwy. Wstawaliśmy po 5.00 rano, wyruszaliśmy około 7.00 Kiedy było bardzo zimno, przerwy robiliśmy dopiero od godziny 11.00 , a przez ostatnie dni robiliśmy jedynie 3 przerwy dziennie co 3 godziny. Przy 12 godzinnym marszu zostawało nam 12 godzin na postawienie i zwinięcie namiotu, ugotowanie jedzenia i sen. A znam ekipy polarne które potrzebują 4 godziny, żeby rano się spakować i wyruszyć. My robiliśmy to w półtorej godziny.

Te 17 dni to naprawdę test na równowagę psychiczną. Przez 12 godzin dziennie ciągneliśmy sanki, idąc najszybciej jak umiemy, a maksymalna prędkość jaką osiągaliśmy to 2,1 km/ godz. Przez ponad dwa tygodnie czuliśmy sie jak chomiki zasuwające w swoich kołowrotkach, ponieważ krajobraz nie zmieniał się ani trochę choć my nic innego poza marszem nie robiliśmy. Poczucie stania w miejscu było przemożne i przytłaczające. Tylko wskazania GPS kazały nam wierzyć że poruszamy się do przodu. Choć kiedy przed nami 500 km, trudno się cieszyć że przeszliśmy w ciągu całego dnia 20 km. Temperatury zmieniały się od 0C do – 30C, woleliśmy mróz, wtedy nie było wilgoci, nie kapała nam woda podczas gotowania w namiocie, rzeczy wysychały lub ściślej – wilgoć się wymrażała. Wiatr wiał z prędkością do 90 km / godz. Co ciekawe sam środek lądolodu te potwornie monotonne dwa tygodnie to dni niemal zupełnej wiatrowej ciszy. Na czapie lądolodu zupełnie nie wiało. Huragan który momentalnie połamał Norbertowi wszystkie trzy maszty namiotu zdarzył się nam na samym początku wyprawy, przy morzu, trzeciego dnia. Musiałem się położyć na płachcie jego namiotu, żeby nam jej nie wyrwało a Norbert bardzo ostrożnie wymieniał połamane maszty.

Najwyżej położony nocleg mieliśmy był na wysokości 2544 m.n.p.m. choć przed wyprawą zakładaliśmy że miąższość pokrywy to będzie maksymalnie około 2000 m. 17 dni monotonii zakończyło się falami pagórków o wysokości kilkudziesięciu metrów i długości kilkuset. Teren nieznacznie zaczął opadać. Za pagórkami otworzył się przed nami bezkresny labirynt najeżonych szczelinami seraków. Będąc zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od magicznego Point 660 który jest końcem trasy i bezpiecznym zejściem z lodowca nasz marsz zwolnił tak, że zaczęliśmy się martwić czy starczy nam jedzenia i czy nie padniemy z wyczerpania tuż przed końcem trasy. Na czapie lądolodu pokonywaliśmy do 30 km dziennie, podczas ostatnich dni zaledwie 5 do 8 km, przeciągając sanie nad przepaściami, zapierając się, przerzucając je nad progami z lodu i rozpadlinami.

Dalej czekały na nas rwące rzeki wytapiające się z lodowca. Musieliśmy je przekraczać, przepływać lub przeciągać sanki na linach jeżeli rzeki były zbyt rwące lub szerokie. Oprócz rzek czyhały na nas inne pułapki. Brodziliśmy całymi godzinami w kaszy lodowej, przekraczaliśmy wytopiska i wpadaliśmy w przeręble które zarywały sie pod nami. Od wpadania do przerębli tak poobijaliśmy nogi że nasze uda były sine, wręcz fioletowe, na szczęście jednak żaden z nas nie połamał tam nóg. Jak na złość ostatnim dniom z rzekami towarzyszyła fatalna pogoda- mokry deszcz ze śniegiem. Po godzinach brodzenia w lodowej kaszy i przekraczaniu strumieni zastanawialiśmy się czy nasze stopy wytrzymają, czy tez trzeba będzie nam amputować palce. Wieczorami skóra na naszych dłoniach i stopach była tak rozmoczona, że aż sama odchodziła. W takim stanie kładliśmy się do lodowatych śpiworów, które jak wszystko inne były mokre od pokonywania rzek.

Ostatniego dnia jak na złość znacznie się ochłodziło i rankiem trzeba było wbić stopy w buty pokryte lodem a także założyć na siebie zamarznięte na kość ubranie. Do końca lodowca i punktu 660 zostało tylko 5,5 km. Ale moje sanki były już tak połamane i zdeformowane że wywracały się co kilka metrów. Co chwila musiałem się zatrzymywać i stawiać je z powrotem na płozach. W ciągu 3 godzin marszu pokonaliśmy zaledwie 1000 metrów. W końcu zdecydowaliśmy z Norbertem, że zrobimy depozyt bo to jedyny sposób żeby zejść z lodu zanim skończą nam się zapasy żywności. W odległości 4,5 km od końca trasy porzuciliśmy moje sanki. Odciążyłem Norberta biorąc od niego pokrowiec z 2 parami nart, oraz niosąc swój plecak. Norbert ciągnął swoje sanki, mniejsze od moich bardziej opływowe i mniej blokujące się między progami z lodu. Po 3 godzinach schodzenia najpierw przez seraki (Serak (od fr. sérac – rodzaj kruchego białego sera) – element lodowca, bryła lodu tworząca się w wyniku pękania lodowca) potem przeciągania sanek na azymut w kierunku zejścia przez kilkunastometrowej wielkości stożki ze śniegu w końcu zobaczyliśmy nagie skały z wielkim głazem jako punktem orientacyjnym. Nierzadko trzeba było wciągać sprzęt pod górki o nachyleniu 45 %, a dalej wędrując korytami rzeczek brodząc w kaszy lodowej, i wyrywać sanki gdy blokowały się na zakrętach w miejscach przewężeń. Łzy napłynęły nam do oczu i ucałowaliśmy ogromny głaz jak tylko do niego dotarliśmy. Opodal kamienia w pośpiechu postawiliśmy namiot Norberta, opróżniliśmy plecaki i na lekko wróciliśmy do moich sanek. Co się dało przeładowaliśmy do plecaków aby odciążyć moje przewracające się sanki i po raz trzeci tego dnia pokonaliśmy ostatnie kilometry.

Dotarliśmy do końca trasy z resztą bagaży o 16.30. Równo o tej samej godzinie 17 sierpnia wylądowaliśmy z zachodniej strony wyspy. Następnego dnia rano dociągnęliśmy sanie przez kilkaset metrów od naszego noclegu u skraju moreny do drogi. Norbert poszedł po jakiś transport. Na szczęście nie musiał iść 30 km do Kangerlussuaq, już po 8 km spotkał jadących autem dwóch Duńczyków którzy jechali sobie na wycieczkę aby zobaczyć Point 660. Zdumieni Duńczycy zrobili sobie z nami zdjęcia zachwyceni taką dodatkową atrakcją po czym zawieźli nas na lotnisko. Nawet nie zacząłem czytać książki którą ze sobą zabrałem, bo nie było czasu. Po wyprawie przemoczoną musiałem po prostu wyrzucić bo rozleciała mi sie w rękach.

Rafał Król
Rafał Królhttp://rafalkrol.pl
Eksplorator światów i ikonoklasta.