Barka Irlandia 2008

BARKĄ PRZEZ IRLANDIĘ – przyroda, pogoda i ludzie.

Polubiliśmy urlopy na barce. Byliśmy już na dwóch rejsach po Francji. W tym roku zapragnęliśmy popłynąć przez zupełnie inny kraj – dużo mniej znany, a jednocześnie łatwo dostępny. Taki właśnie jak Irlandia zwana „Szmaragdową Wyspą”.

Irlandia

W przewodnikach wyczytaliśmy, że centrum Szmaragdowej Wyspy przecina rzeka Shannon, która co parę kilometrów przepływa przez wielkie jeziora. Te z kolei łączą się krętymi strumykami z mniejszymi jeziorkami tworząc malownicze rozlewiska. Prowadzi przez nie droga wodna dla barek i właśnie ta droga na nas czekała. Nasz rejs zaczął się w Ballinamore, miejscowości położonej na północny – zachód, ok. 160 km. od Dublina, nad kanałem łączącym dwie duże rzeki Irlandii: Shannon i Erne. Można stąd popłynąć na południe, przez całą wyspę, aż do Limerick – portu nad oceanem. Można wybrać drogę na wschód, by Kanałem Królewskim dotrzeć do Dublina. A można się trochę pokręcić tam i z powrotem, tak właśnie jak my. Plan był taki: samolotem do Dublina, stąd taksówką do Ballinamore, tydzień na barce, powrót do Dublina na trzy dni, w samolot i do Warszawy. Wszystko się udało. Z firmy Locaboat wynajęliśmy ośmioosobową barkę, podnieśliśmy na niej polską banderę i ruszyliśmy na południe.

Barka to pływający dom

bMa 15 metrów długości. Znajduje się na niej wygodny salon połączony z dobrze wyposażoną kuchnią i sterówką. Z salonu korytarzyk prowadzi w stronę dziobu. Po prawej stronie i w dziobie znajdują się cztery dwuosobowe sypialnie, ka żda z umywalką, a po lewej dwie kabiny prysznicowe i dwie ubikacje. Sypialnie przykrywa rozległy pokład, na którym można leżeć, siedzieć, jednym słowem zażywać świeżego powietrza. Barkę prowadzić może każdy, po krótkim przeszkoleniu w porcie. Ponadto barka w momencie wynajęcia zatankowana jest „pod korek” (po zakończonym rejsie płaci się za zużyte paliwo), ma pełne zbiorniki wody, pełne butle z gazem (do kuchni) oraz puste szambo. W trakcie tygodniowego rejsu trzeba tylko uzupełniać zapasy wody i usuwać nieczystości co jednak nie stanowi żadnego problemu. W kapitanacie portu kupiliśmy mapę „Navigational Guide” (za 15 euro), która oprócz szkicu samej drogi wodnej ze wszystkimi śluzami i mostami, zawierała opisy portów i przybrzeżnych atrakcji. Wiedzieliśmy zatem, które przystanie są płatne, a które nie, gdzie można nabrać wody (w bardzo wielu portach), opróżnić szambo czy umyć się pod „normalnym” prysznicem, albo zwiedzić prehistoryczny dół lub równie starą kupę kamieni, czyli obiekty, które są najcenniejszymi zabytkami Irlandii.

Przyroda i pogoda w Irlandii

cW przewodnikach piszą, że w Irlandii pada co drugi dzień. Trzeba tę informację potraktować dosłownie. Tak właśnie jest, a nawet lepiej, gdyż na nas padało codziennie. Ale gdy człowiek siedzi na kanapie na barce, to nic sobie z deszczu nie robi tylko płynie w siną dal. W Irlandii rosną te same drzewa i chwasty co w Polsce, ale są trzy razy bardziej dorodne niż u nas. Domy zaś otaczają śródziemnomorskie krzewy obsypane bajecznie kolorowymi kwiatami, a nawet palmy. Na wyspie bowiem zim praktycznie nie ma. Lato jest długie, ciepłe i mokre właśnie co sprawia, że rośliny rosną niczym oszalałe. Ponieważ wszyscy mamy ogrody w Polsce, to patrzyliśmy z zazdrością na tę radosną wegetację nie wymagającą sztucznego nawadniania. Pierwsze dni spędziliśmy płynąc na południe kanałami wykopanymi w gliniastej ziemi i obłożonymi kamieniami. Przemierzaliśmy okolice najbardziej zurbanizowane, jak powiedziano nam w kapitanacie. Nad głowami przelatywały nam turkusowe zimorodki, z brzegów obserwowały nas białe czaple, co kilkanaście kilometrów mijaliśmy piękne, nowo wybudowane mariny. Można w nich kupić mieszkanie lub wolnostojący dom (kosztuje ok. 200 000 euro) z dostępem do prywatnej przystani. Brzegi kanału porastały krzewy, bujne oczywiście i całe pola jeżyn obsypanych dorodnymi owocami, zwisającymi nad wodą tak, że tylko zatrzymać się i jeść. Niestety płynęliśmy w lipcu i były jeszcze niedojrzałe. Trzeciego dnia wróciliśmy do Ballinamore i popłynęliśmy na północ. Ta trasa nam się bardziej podobała. Prowadziła przez jeziora i rozlewiska. Trzeba było dokładnie trzymać się szlaku wyznaczonego przez tyczki. Irlandzkie jeziora są bowiem mocno zarośnięte. W toni wodnej unosi się gęste zielsko, a zad nim widać szeroki pas sitowia grubego niczym patyki i trzciny. Wśród tego wszystkiego leniwie pływają łabędzie z łabądkami i kaczki z kaczuszkami. Na sczerniałych kłodach wystających z wody siedzą mewy i kormorany. Zatem kto zboczy z trasy – utknie w „kapuście” i zdenerwuje matki samotnie wodzące pisklęta. Przycumować można tylko w portach, a czasem też przy palach (rzucając kotwicę), na otwartej wodzie. Pale przewidziane są dla miłośników wędkowania, ale takich akurat nie było. Dopiero tydzień później, gdy z Dublina pojechaliśmy pociągiem nad morze do Dalkey zobaczyliśmy wędkującego tubylca. Stał na falochronie. Złowił na haczyk małego rekina, a u podnóża falochronu pływała foka, dopraszająca się na migi poczęstunku. Jeziora leżą pośród łagodnych wzgórz. A na wzgórzach pasą się kremowe krowy oraz owce z czarnymi pyskami i brykają koniki. Cała ta zwierzyna nie przejmuje się opadami, za to jest do czysta wymyta. Podobnie Irlandczycy nic sobie z deszczu nie robią. Zwłaszcza dziewczęta kompletnie go ignorują. Pada czy nie pada paradują z gołymi pępkami, w króciutkich spódniczkach (a nie wszystkie są szczupłe) oraz kolorowych kaloszach z wysoką cholewką. I mają piękną cerę. Tak, naprawdę deszcz wygładza skórę, przekonaliśmy się, że w Irlandii nie trzeba używać kremów nawilżających.

Prowincja Irndia

eWieś irlandzka wygląda jak świeżo wysprzątana. Nie widać starych domów. Gospodarstwo to przeważnie pałacyk otoczony przystrzyżonym trawnikiem. Płynęliśmy zatem przez tę bajkowo sielską krainę, podziwiając nie tylko widoki, ale i sposób w jaki Irlandia wykorzystała unijne pieniądze. Jak wyglądała przed przystąpieniem do Unii Europejskiej można się domyśleć oglądając miasteczka. Przy centralnej ulicy takiego miasteczka stoją ciasno jedna przy drugiej stare, małe, biedne kamieniczki do złudzenia przypominające domy znane z filmów o Dzikim Amerykańskim Zachodzie. W kamieniczkach są sklepiki i obowiązkowo puby. Chyba nie ma w Irlandii miasteczka bez pubu. Nawet w najmniejszej na naszej trasie miejscowości Roosky, gdzie dostrzegliśmy tylko trzy domy skupione wokół przystanku autobusowego oraz most, wprost z portu wyszliśmy na pub. W piątki i soboty można w pubach posłuchać muzyki (przeważnie na żywo) a ulica wypełnia się rozbawionymi mieszkańcami. Irlandczycy to przemili ludzie: uczynni i pogodni. Ich pierwszą reakcją na widok obcego człowieka jest uśmiech. A gdy zauważą grupkę bezradnie rozglądających się turystów, podchodzą i pytają w czym mogą pomóc. Wokół starego centrum miasteczek rozpościera się nowa „unijna” Irlandia. To piękne dzielnice willowe, parki z dróżkami do biegania i jazdy na rowerze oraz wielkie domy towarowe.

fNa naszej trasie nie było w zasadzie zabytków. Kościółki były skromne, przeważnie pozamykane. Chcieliśmy bardzo zobaczyć przynajmniej jedną megalityczną budowlę z epoki kamiennej. W przewodnikach jest napisane, że rozsiane są one po całym kraju. Niestety nie udało nam się. Pod koniec rejsu dotarliśmy do Crom Castle. Jest to zamek z kamienia wybudowany w 1610 i zniszczony przez pożar 150 lat później. Zostały po nim romantyczne ruiny otoczone wystrzyżonym trawnikiem i ławeczkami dla turystów. Oglądaliśmy go o godz.22, gdyż w lecie o tej porze w Irlandii słońce dopiero chyli się ku zachodowi, choć księżyc już świeci na niebie. Łatwo w takiej scenerii uwierzyć, że pod niedalekim, olbrzymim dębem tańczą druidzi.

Puby i sklepy

gW pubach warto oglądać … toalety. Często mają bardzo ciekawy wystrój, a na ścianach wiszą dziewiętnastowieczne portrety. W toaletach damskich z portretów „lubią” spoglądać panowie ubrani z nieskazitelną elegancją. Niektórzy patrzą prosto w oczy w taki w sposób, że dama może poczuć się speszona.
Na sali, przy stoliku lub barze po prostu trzeba napić się piwa guinness – najsłynniejszego piwa irlandzkiego. Jest to ciemny, prawie czarny trunek o ciężkim słodko – gorzkim smaku. Ten niepowtarzalny kolor i smak bierze się stąd, że do produkcji używany jest częściowo palony słód jęczmienny z domieszką słodu pszenicznego. Guinnessa należy nalać tak, aby na jego ciemnej powierzchni powstała gęsta, długo utrzymująca się, śnieżno biała piana grubości około centymetra. Są cztery rodzaje guinnessa. W pubach podają zazwyczaj Guinness Draught, który ma 4,2 % alkoholu, a jednak różnie smakuje. Zależy to od temperatury (powinna być umiarkowanie niska – jeśli piwo jest bardzo zimne lepiej poczekać aż nieco się zagrzeje, wtedy lepiej smakuje) i od tego jak długo stało w otwartej beczce. Oczywiście najlepsze jest z beczki świeżo rozpoczętej. Takie jest pyszne: słodycz złamana goryczką, w dodatku zawierająca o 190 kalorii mniej niż normalne piwo jasne. Duże kosztuje ok. 2,5 euro w sklepie a 4-5 euro w pubie.
Prócz tego piwa są jeszcze trzy jego rodzaje: Extra Stout zawierający 5% alkoholu i 11,67 % brzeczki. W piwie tym niepowtarzalne cechy guinnessa: słodycz i gorycz są jeszcze bardziej wyraziste, ale komu ich mało, kto chce je poczuć jeszcze lepiej niech wypije Foreign Extra Stout – 7,5 % alkoholu oraz 14,48 % brzeczki. Za najlepszy uchodzi Guinness North Star. Podawany jedynie w muzeum Guinnessa (za okazaniem biletu!) urządzonym w Dublinie w starym browarze. To piwo jest właściwie czarne, gęste, o intensywnym smaku. W sklepach spożywczych produkty są mniej więcej dwukrotnie droższe niż u nas. W dużych magazynach są półki zapełnione polską żywnością z polskimi etykietami (ale nie są tańsze niż analogiczne produkty irlandzkie). W Dublinie widzieliśmy polskie sklepy, przy których działały jadłodajnie z polskim jedzeniem, tam posiłki były bardzo tanie. Zjeść można było np. flaki. Z irlandzkich wyrobów warto spróbować chleba pieczonego na sodzie i dżemów firmy Baxter. Jest to lokalna firma istniejąca od 1860 roku, produkująca dżemy o niezwykłym składzie np. imbirowo – rabarbarowy.
Trzeba uważać przy zakupie wódki, a najlepiej w ogóle jej nie kupować, gdyż jest nieprzyzwoicie droga. Litrowy Smirnoff tylko 38 procentowy kosztował nas aż…… 30 euro.

Stolica

Po tygodniowym rejsie barką zatrzymaliśmy się na trzy dni w Dublinie. Mieszkaliśmy w centrum, w dwugwiazdkowym, całkiem przyzwoitym hotelu z obfitym śniadaniem. Doba w dwuosobowym pokoju kosztowała 100 euro.
Dublin założyli Wikingowie u zarania IX wieku. Jest to miasto niskich domów, miłych ludzi (na ulicach przeklinających słyszeliśmy tylko Polaków) i przedziwnej akustyki. W dzień panuje hałas większy niż można się spodziewać, na pewno większy niż w Warszawie. I poprzez ten cały zgiełk przebija się od czasu do czasu pojedynczy, przenikliwy krzyk mewy. Zwiedzanie Dublina to sprawa dziecinnie prosta. Wykupuje się bilet na specjalne piętrowe autobusy „Hop on – Hop off”. Jeżdżą one po pętli trasą wyznaczoną tak, że zatrzymują się przy wszystkich zabytkach. Można na przystanku wysiąść coś zwiedzić, a potem wsiąść i pojechać dalej.

hWczesną nocą koniecznie trzeba odwiedzić Temple Bar, dzielnicę malutkich, starych pubów. Życie zaczyna się tam po 20. Wąskie uliczki wypełniają się turystami oraz miejscową młodzieżą. Atmosfera „luzacka”, zero agresji. Tam trafiliśmy na zespoły wykonujące tradycyjne pieśni oraz tańce irlandzkie. Grają one w lokalach ale także pod gołym niebem. Na jednej z uliczek Temple Bar uwagę naszą przykuł zespół, w którym liderem był skrzypek, wysoki blondyn o wyglądzie robotnika budowlanego. Wydawało nam się, że wykonuje muzykę jaką irlandzki chłopak „wyssał z mlekiem matki”. Zaskoczyło nas, gdy w przerwie zapytał kolegów z zespołu: – Co teraz gramy chłopaki?
Oczywiście zapytał po polsku. Polaków spotykaliśmy też często w sklepach jako sprzedawców, a także kierowników całego magazynu. W lokalach przeważnie obsługiwali nas młodzi ludzie o urodzie Hindusów. Oni też wyróżniali się strojem na ulicy zwłaszcza wieczorem gdy padało. Irlandzkie dziewczyny mokły wtedy pogodnie, turyści z kontynentu chronili się pod parasolami, a Hindusi wkładali ocieplane kurtki z futrzanymi kapturami.

Zakupy pamiątek są równie łatwe jak zwiedzanie miasta. W Dublinie są specjalne sklepy całe zielone (zieleń to narodowy kolor Irlandii) wypełnione owieczkami i różnymi wyrobami ozdobionymi koniczynką przeznaczonymi dla dorosłych i dla dzieci. Są to ładne, w dobrym gatunku przedmioty, na które nie żal pieniędzy. W muzeum Guinnessa jest sklep (raczej drogi) z koszulkami, krawatami, szklankami, torebkami itp. z napisem „Guinness”. Panie z naszej załogi, które skończyły jakiś czas temu 30 lat, pokupowały sobie buty (ceny porównywalne z polskimi, ale jest ich większy wybór, zaś fasony wygodniejsze niż przeważnie u nas, bo szersze w palcach) i zachwycone były zaopatrzeniem oraz mile zaskoczone cenami w sklepie Marks and Spencer.

Info (lato 2008)

Podróż: Bilet na samolot w obie strony z Warszawy do Dublina kosztował ok.700 PLN za osobę. Mikrobus dla ośmiu osób z Dublina do Ballinamore i z powrotem zarezerwowany i opłacony w Warszawie kosztował 471 Euro.

Wynajęcie barki na tydzień 3059 euro, czyli ok.380 euro za osobę. Karty z chipem do obsługi śluz i opróżniania szamba (2 szt. 10 punktowe i 1 szt. 20 punktowa) kosztowały 24 Euro. Wykorzystaliśmy prawie wszystkie punkty.

Gdzie wynająć barkę: www.punt.pl lub tel.0-22-4468380 to w Polsce, albo bezpośrednio u armatora www.locaboat.com

Dobra rada: Warto zabrać z Polski makaron, gotowe sosy do niego, przyprawy, trochę wędlin i serów najlepiej paczkowanych oraz (co najważniejsze) ubranie i buty chroniące przed deszczem!

Poprzedni artykuł
Następny artykuł
Rafał Król
Rafał Królhttp://rafalkrol.pl
Eksplorator światów i ikonoklasta.