Mongolia 2009 Mongolia

MONGLIA Otgon Tenger

Munku Sardyk to najwyższy szczyt łańcucha Sajanu Wschodniego, który to łańcuch oddziela Bajkał w Rosji od jeziora Chuvsugul (Huvsgul) w Mongolii. Nasz plan zdobywania Munku Sardyk (3 491 m) musieliśmy porzucić. Nie dość, że zupełnie załamała się pogoda to jeszcze mieliśmy dość mało czasu. W okolice szczytu można się dostać jedynie konno (6 dni w jedną stronę) lub przez jezioro. Ale ponieważ jezioro jest ogromne, to żeby przepłynąć ponad 160 km po jego tafli potrzebny jest morski statek, a nie motorówka. Cena za statek przyprawiła nas o depresję większą niż pogoda. Paradoksalnie okazało się, że aby dostać się pod wymarzoną górę trzeba wynająć pełnomorski statek w kraju który nawet nie ma dosępu do morza. Postanowiłem poszukać innego szczytu. Oglądając mapę Mongolii w skali 1:2 000 000 zobaczyłem samotną białą kropeczkę z napisem Otgon Tenger 3900. W promieniu kilkuset kilometrów od kropeczki nie było żadnego innego szczytu. Druga, dokładniejsza mapa (1:1 600 000) pokazywała też białą kropeczkę (wskazującą, że jest lodowiec) ale z wysokością 4021 m. Nie było wątpliwości – to ta sama góra. Tylko jak wysoka jest naprawdę? Jaki wrażenie robi taki mały masyw w środku ogromnej wyżyny? Od jeziora Chuvsugul do miasta Uliastay jechaliśmy kilka dni w kurzu i po wertepach. Minąwszy ostatnie jurty (gery) pasterskie znaleźliśmy dobre miejsce na biwak. Otgon Tenger widać było tuż za namiotami. Pasterze nas jednak zmartwili. Do góry nie było 5-6 km jak nam się wydawało, ale 30 km.

20.08.09 Rekonesans – Mongolia

Kolejny dzień to mozolne poruszanie się przez dziką dolinę, tak aby postawić obóz jak najbliżej samej góry. Na dobrą sprawę nie wiedzieliśmy czy w tym gigantycznym labiryncie dolin i ich odnóg, jest jakaś droga, która prowadzi do samego masywu. Poruszaliśmy się więc w górę doliny szerokiej na 2 km a długiej na prawie 20 km. Jedynym drogowskazem była biała czapa lodu na szczycie Otgon Tenger. Obóz postawiliśmy na wysokości 2503 m. Z miejsca, gdzie się rozbiliśmy widać było jak żebro łączy szczyt ze wzgórzem, które sięgało naszej doliny. Wyglądało to pięknie. Jak dla mnie zbyt pięknie. Jeszcze tego samego dnia wraz z Madejem i Paszczakiem wyruszyliśmy na rekonesans. Już po dwóch godzinach brodzenia w bagnie, przechodzeniu przez strumienie i przedzieraniu się przez krzaki podeszliśmy na tyle daleko, że zobaczyliśmy jak wygląda podejście na szczyt naprawdę. Miałem rację, to co wydawało się zbyt piękne z naszego obozu było złudzeniem. W rzeczywistości wzgórze, którym chcieliśmy podchodzić nie prowadziło na grań szczytową, lecz kończyło się efektowną, kilkusetmetrową przepaścią. Dopiero z miejsca, gdzie podeszliśmy, pojawiała się droga na szczyt wcześniej ukryta dla naszych oczu. Długie rumowisko skalne, ze żmudnym podchodzeniem, wyżej niebezpieczne przewężenie, z którego można spaść w przepaść, przed samym szczytem niewielkie wypłaszczenie i ośnieżona kopuła szczytowa.

21.08.09 Mongolia – najdłuższy dzień.

Musieliśmy wstać bardzo wcześnie, żeby mieć szansę zdobycia szczytu. Wstaliśmy o 4.00, jeszcze po ciemku ugotowaliśmy wodę, zjedliśmy śniadanie i o 5.30 w 6 osób wyruszyliśmy na szczyt.

Dwie godziny zajęło nam przejście przez potoki, chaszcze i dotarcie pod stok. Byliśmy 6 km od naszych namiotów a zyskaliśmy jedynie 200 m wysokości. Akurat zaczęło się robić widno. Po drodze mijaliśmy dziwne okazy świata roślin, między innymi gigantyczne, eksplodujące purchawki. Przed właściwą wspinaczką jeden z uczestników zrezygnował. Podejście zaczęliśmy w 5 osób. Kolejny odpoczynek na 2930 m, na niewielkiej polance, dalej kolejne podejście i odpoczynek na 3200 m. W tym miejscu zrobiliśmy duży posiłek, przewidując, iż po prostu dalej będzie zbyt stromo i nie będzie wygodnego i bezpiecznego miejsca. Madej stwierdził, że to nie jest jego dzień i również zrezygnował ze zdobywania góry. Poprzedniego dnia podczas rekonesansu bardzo obtarł sobie nogi. Powiedział, że na nas poczeka w tym miejscu. Dalsza droga do góry już tylko w cztery osoby. Bardzo niepokoiła mnie zmiana pogody. Coraz ciemniejsze niebo, silniejszy wiatr oraz chmury w kształcie soczewek, które zawsze źle wróżą w górach. Ze zdziwieniem zauważyłem, że podchodziliśmy obok jeziorka, które jest zasilane wodą z lodowca, ale od strony doliny zupełnie nie było widoczne. Robiło się coraz zimniej, ubieraliśmy się co kilkaset metrów w kolejne rzeczy. Z lewej strony wspinaliśmy się tuż przy przepaści, po prostu masyw był „ucięty” z prawej strony przepaścią, za to za nią roztaczał się niesamowity widok na meandrującą rzekę. Idąc pierwszy wybrałem drogę. Łukasz i Agnieszka szli za mną, z tyłu za nimi Paszczak, ale tak daleko, że często znikał mi z oczu. Czułem zmęczenie, teren się wypłaszczał i zaczynał zalegać śnieg. Śnieg na szczęście był dobry do podejścia. Nie śliski, lecz zmrożony i nie zapadałem się. Nawis z lewej strony grani działał jak ogromny spoiler, który przerzucał cały wiatr nade mną. Paradoksalnie, w kopule szczytowej wiało znacznie mniej niż poniżej. Zawiewała mnie chmura, zupełnie nie widziałem towarzyszy. Widoczność stawała się coraz gorsza. Powoli, krok za kroczkiem od skałki do skałki wędrowałem coraz wyżej szukając najwyższego punktu grani. Z lewej strony ziała przepaść i stroma ściana góry, którą widzieliśmy pierwszego dnia z dużej odległości. Za kolejną piątą, szóstą skałką, która wydawała mi się już tą najwyższą, okazywało się, że za nią jest jeszcze coś, jeszcze wyżej. Z zimna wysiadał mi aparat. W końcu dotarłem do skałki, za którą teren się znacznie obniżał. Szczyt ! Była godzina 12.45 czasu miejscowego. Na szczycie mała skalna igliczka wystająca pod kątem. Przy niej metalowa kasetka, w środku dzienniczek wejść. Ostanie miało miejsce ponad miesiąc wcześniej. A i tak wszyscy wchodzili łatwą drogą od strony jeziora z przeciwnej niż my strony. Włączyłem GPS i z namaszczeniem sprawdziłem wysokość. Specjalnie klęknąłem i przyłożyłem urządzenie do skalnej iglicy. Po chwili nie miałem już wątpliwości: wysokość najwyższego miejsca na grani to 4006 m, a pozycja jest dokładnie zapisana. A więc nie 3900 i nie 4021, tylko 4006 m!

Czekałem trochę na resztę, ale zrobiło mi się bardzo zimno. Zacząłem schodzić i po kilku minutach spotkałem Łukasza. Poprosiłem, żeby nas wpisał, bo ja nie miałem długopisu. Za to, żeby był po nas ślad, zawinąłem dziennik wejść w polską reklamówkę. Trochę niżej spotkałem Agnieszkę. Była bardzo zmęczona i miała problemy z mówieniem, ale dzielnie szła pod górę. Podzieliłem się z nią napojem izotonicznym i powiedziałem, by nie siedziała długo na wierzchołku. W końcu po kilkunastu minutach spotkałem Paszczaka, który wolno ale w dobrej formie wędrował sobie na szczyt. Robiło się późno, czekało nas strome zejście po kamiennym rumowisku, psuła się pogoda. Bez większych trudności dotarłem do niebezpiecznego przejścia i doszedłem do miejsca na 3200, gdzie spodziewałem się zastać Madeja. Madeja niestety nie było, pewnie zmarzł i zdecydował się powoli schodzić. Skoro i tak schodziłem sam, bo moich towarzyszy u góry jeszcze nie było widać, postanowiłem zamiast schodzić tak samo, jak wchodziliśmy, skrócić sobie drogę i przetrawersować skalne rumowisko stokiem zamiast poruszać się od wierzchołka do wierzchołka. Plan wydawał się dobry. Nogi miałem już bardzo zmęczone. Schodzenie z kolejnego kamienia na kamień wymagało dużej uwagi. Każdy następny kamień mógł się osunąć i całe rumowisko skalne runęłoby w dół. Mniej więcej w połowie ściany wszedłem na sporą, ważącą na oko kilka ton płytę. Taki kamień to dobre i bezpieczne miejsce, bo wstępując na mały kamień mogę go swym ciężarem poruszyć, a wielki głaz ani drgnie. Tym razem się przeliczyłem. Gdy tylko stanąłem na płycie, niczym deska surfingowa zaczęła zsuwać się w dół. Podniósł się momentalnie ogromny łoskot i tumany kurzu. Płyta pod moimi nogami rozpędzała się coraz bardziej, miażdżąc swoją masą wszystko co napotkała na drodze i tocząc w dół sąsiednie kamienie. Stałem na niej tylko dlatego, że mogłem podpierać się kijami trekkingowymi. Po chwili głaz uderzył w skałę, stanął dęba a ja zobaczyłem jak płyta po której przed chwilą jechałem kładzie się na mnie i za chwilę zmiażdży mi głowę. Już leżąc na plecach przewróciłem się przez ramię na bok. Świat zawirował. Coś stało się z moją ręką. Płyta głucho padła obok, mniejsze kamienie się zatrzymywały. Opadał kurz, robił się cicho. Wstałem. Plecak był na plecach, w lewej dłoni trzymałem oba kije trekkingowe. Prawa ręka wisiała mi bezwładnie, wykręcona w nienaturalnej pozycji. Wierzch dłoni dotykał uda, właściwie nawet kolana, prawa ręka sięgała znacznie niżej niż zwykle. Poczułem ból, łzy napłynęły mi do oczu. Byłem w połowie rumowiska. Spojrzałem do góry. Łukasza ani Agnieszki nie było widać, wiedziałem, że z miejsca, w którym byłem nawet mnie nie zobaczą. Nie mogłem liczyć na ich pomoc. Szybko zrozumiałem, że wybiłem sobie bark. Cała prawa ręka bezwładnie wisiała pod pachą, trzymając się jedynie na ścięgnach i skórze. Byłem zdany na siebie. Do jeziorka było niewyobrażalnie daleko. Niewyobrażalna ilość kroków w dół, z których każdy mógł się skończyć upadkiem. Wiedziałem, że muszę schodzić bardzo ostrożnie, bo jeżeli się przewrócę, to prawdopodobnie nie wstanę. Kontemplując każdy krok, malutkimi, wielokrotnie przemyślanymi ruchami powolutku traciłem wysokość. Jak na złość wyszło słońce. Moja twarz bez użycia prawej ręki nie mogła sięgnąć zaworu z piciem. Byłem dosyć grubo ubrany i nie mogłem się rozpiąć. Zaschło mi w gardle, słońce świeciło mi w twarz. Musiałem mrużyć oczy, nie miałem na głowie żadnej czapki ani okularów. Straciłem rachubę czasu. Kiedy dotarłem do dna doliny, przez chwilę tylko cieszyłem się trawą, szybko zacząłem się martwić potokami. Rwąca woda mogła mnie przewrócić i ponieść. Sporo strumieni płynęło w głębokich łożyskach i jarach niemożliwych do przejścia bez pomocy rąk i kijów trekkingowych. Coraz bardziej zmęczony, czułem się jak kretyn próbując z rozbiegu po trzy, cztery razy wybiec z nurtu na brzeg strumienia. Dalej czekały na mnie mokradła i bażyny. W końcu zobaczyłem z lewej strony skałę, pod którą był nasz obóz, wciąż jeszcze bardzo odległą. Nie wiem jak dotarłem do obozu. Zobaczyłem Madeja i Stacha, naszego miejscowego towarzysza Togo i zapytałem się, czy wszyscy już są. Zapytałem się też, gdzie jest szpital. Dopiero wtedy dotarło do nich, że coś jest ze mną nie tak. Madej powiedział, że jeszcze nikogo nie ma, że na dobra sprawę dotarłem do obozu pół godziny po nim, bo on schodził bardzo wolno i robił sobie wiele przerw. Była 17.30.

Mongolia. Szybko coś zjedliśmy, koledzy włączyli telefon satelitarny i zgłosiliśmy mój wypadek ubezpieczycielowi, który obiecał znaleźć lecznicę w Uliastay i uprzedzić, że mnie przywiozą. Togo i Madej załadowali mnie do naszego UAZa, wyjąc z bólu ponad trzy godziny jechaliśmy do Uliastay do szpitala szukając drogi między głazami i wykrotami. Podróż bolała bardziej niż zejście. Dotarliśmy około 22.00, ręka bolała mnie coraz bardziej. Wygląd szpitala nie budził żadnych dobrych skojarzeń. Na migi pokazywaliśmy rękę, która wypadła. W izbie przyjęć czekało wiele osób. Spora sala z biurkiem, leżanką, nieużywanym łóżkiem szpitalnym, pod którym leżał sobie jakiś zabytkowy respirator. Po jakimś czasie przyszła bardzo ładna pani doktor, która nieco mówiła po angielsku, niestety była okulistką. Wytłumaczyłem jej jakoś co się stało. Wyszła i wróciła w towarzystwie drobnego pana około pięćdziesiątki, który mówił tylko po mongolsku. Po wielu perypetiach udało mi się zrobić prześwietlenie ramienia, które nie wykazało złamania. Mongolski lekarz próbował poruszać moją ręką, ale pod wpływem bólu spinałem mięśnie. Wokół mnie pojawiało się coraz więcej osób, pielęgniarki, panie z maseczkami na twarzy, wieśniacy zaglądający z korytarza. Wysunięto łóżko, które kryło respirator na środek sali i poproszono abym się położył. Pani okulistka zaczęła zadawać dziwne pytania; o której jutro zamierzam jeść śniadanie i czy to nie będzie przypadkiem mięso, czy nie piłem alkoholu i ile ważę. Podano mi znieczulenie, pochyliło się nade mną wiele, bo chyba aż siedem osób. Nagle wszyscy jak jeden mąż przemówili po angielsku: one, two, dodałem three, four…

Gruba kobieta stała za moją głową i wycierała mi oczy gazą. Kątem oka zauważyłem uśmiechniętego Madeja i przerażone twarze wieśniaków wciskające się do sali z korytarza. Spojrzałem na swoje ciało. Arafatka Madeja tworzyła na moim karku temblak, który podtrzymywał moją rękę. Na zegarze dochodziła 23.00. Jakoś wstałem, podziękowałem za pomoc doktorowi i wszystkim obecnym. Togo i Madej wzięli mnie pod ramię i wyprowadzili mnie na dwór. Było ciemno, rześkie powietrze wybudziło mnie do końca ze znieczulenia.

Madej poprosił Togo, żeby zawiózł nas do jakiegoś hotelu. Wszyscy chcieliśmy wreszcie zakończyć ten dzień.

Rafał Król